Staszewska Dorota

Konferencja "Świat bez Raka" » Staszewska Dorota

Dorota Staszewska, lekarz o nastawieniu holistycznym, psychiatra korzystający przede wszystkim z osiągnięć psychoterapii.

Praktyk medycyny komplementarnej – od relaksacji do akupunktury. 

Od lat obrońca GODNYCH NARODZIN, wraz z Ewą Szuchtą przełożyła na język polski „Narodziny bez przemocy” Frédéricka Leboyera, którego wizytę w Polsce miała zaszczyt przygotować w 1983 r. wraz z prof. Włodzimierzem Fijałkowskim.

Do dziś sprawa ta jest jej bliska - stąd konferencje naukowe w XXV i w XXX rocznicę wspomnianego wydarzenia, współorganizowane przez nią w Warszawie w 2008 i 2013 roku.

Kolejną jej pasją jest szeroko pojęta ochrona środowiska, m. in. starania o zdrową żywność (bez GMO), swobodne stosowanie leków natury (STOP Codex Alimentarius), czyste powietrze i wodę, uczciwe badania naukowe i ich dostępność (np. dla rodziców - w sprawie szczepień), zielone światło dla sprawdzonych przez wieki na świecie naturalnych metod leczniczych.

 

 

 

Całościowe spojrzenie na człowieka – medycyna komplementarna

 

"CO BÓG ZŁĄCZYŁ, CZŁOWIEK NIECH NIE ROZDZIELA!"

ROZWAŻANIA O PODEJŚCIU CAŁOŚCIOWYM  (HOLISTYCZNYM) DO NAS SAMYCH

Dla Otwartych Umysłów sprawa jest prosta. Wszystkim jednak warto o tym przypomnieć. Jak uczono mnie w szkole, "repetitio est mater studiorum" (powtarzanie jest matką uczących się), więc powtórzmy sobie to, co przecież tak naprawdę WIEMY...

Starając się utrzymać lub odzyskać zdrowie często padamy ofiarą naszego "zachodniego" rozkawałkowania, oddzielania grubą kreską sfery psychicznej od ciała, jednego narządu od drugiego, emocji od tak zwanego rozumu... I pomstujemy odsyłani od specjalisty do specjalisty, bo któż "siedząc głęboko w narządzie lub układzie" naszego ciała jest w stanie "ogarnąć" jego całość, nie mówiąc już o powiązaniu dolegliwości z przeżyciami i emocjami, które nosimy w sobie?

O ileż pełniejsza, szersza, głębsza okazuje się tu na przykład starożytna medycyna chińska - TCM, czy indyjska - AYURVEDA, których odkrycia potwierdzane są współcześnie. Te nauki traktują człowieka jako całość, podkreślają znaczenie WSPÓŁDZIAŁANIA psyche i somy, WSPÓŁZALEŻNOŚCI pracy wszystkich organów, wpływu na tę pracę wszelkich czynników zewnętrznych, sytuacji rodzinnej, społecznej, ekonomicznej... Dodajmy jeszcze zależności historyczne, kulturowe, obyczajowe!
Warto też pamiętać o astrologii (o ważności której mówił sam Hippokrates), respektowanej przez całe wieki, akcentującej wpływ ciał niebieskich na człowieka - maleńką kropkę we Wszechświecie! Wspomniany Ojciec Medycyny w starożytności, dzielny Paracelsus w dobie Odrodzenia, a współcześnie nasi profesorowie: Julian Aleksandrowicz, Zbigniew Garnuszewski, na drugiej półkuli zaś odkrywcza  Luiza Hay - to tylko niektórzy Nauczyciele HOLISTYCZNEGO – całościowego spojrzenia na świat, medycynę, potrzeby człowieka. Korzystajmy z ich wiedzy i doświadczenia pro publico bono (dla dobra powszechnego).

Zapomnieć o tym wszystkim, od czego ZALEŻYMY, ignorować to, co na nas wpływa - to uczynić człowieka SIEROTĄ we Wszechświecie, rośliną wyrwaną z gleby - i to bez korzeni!

Dobry ogrodnik lub rolnik zawsze liczy się z właściwościami klimatu, pór roku, zmianami pogody; wie, kiedy zgodnie z Naturą siać, sadzić, nawozić, zbierać, by plony były najlepsze.
Dlaczego my sami tak mało dbamy o siebie, o ileż mniej niż o zwierzęta w gospodarstwie? Dlaczego tak lekceważymy związek z Naturą, z otoczeniem, dogodne pory dla regeneracji zdrowia, a nawet - dla POCZĘCIA nowego Życia?!

Już dość ignorancji; spójrzmy SZERZEJ na to, co w nas, i co wokół nas; zauważmy oczywiste, bezpieczne i niebezpieczne związki i współzależności.

A kto z polskich lekarzy, psychologów, terapeutów odważy się w sposób symboliczny, z otwartym umysłem, naszkicować Człowieka, tego już "na starcie" spotyka nagroda: CUD! "Idąc od dołu" coraz wyżej rysujemy bowiem Ciało Umysł-Duszę.
To radosne odkrycie dokonane przez wielu z nas; dzielmy się nim podkreślając JEDNOŚĆ tych elementów.
W JEDNOŚCI SIŁA!
ŁĄCZENIE tego w świadomości własnej i innych - to nasze zadanie.

Mówię o sprawach niby banalnych, oczywistych... A jednak...
W XXI wieku w samym apogeum letnich upałów w stolicy europejskiego państwa studentka 2 wydziałów uniwersyteckich ustala ze stomatologiem termin usunięcia dwóch "ósemek", co dokonuje się z trudem, sprawa kończy się ciężką anginą...A po kilku tygodniach następuje "powtórka z rozrywki": upał, ekstrakcja następnych 2 "ósemek", kolosalny wysiłek lekarza i jeszcze większe cierpienie pacjentki, i ropna angina, antybiotyki, spadek odporności po tychże...
Przypomina to film o "leczeniu" biednego Jana Sebastiana Bacha przez cyrulika przed kilkoma wiekami.

Może czegoś zapomniano, o czymś nie wiedziano, coś zignorowano? Studentka doświadczała już od kilku miesięcy dobrodziejstwa i potęgi akupresury, ale, jak widać, poddając się rutynowemu trybowi postępowania zupełnie o tym zapomniała - i po pierwszym, i przed drugim zabiegiem. Odpadły więc proste metody wzmocnienia ODPORNOŚCI.
Może sprawdzenie BIORYTMÓW pacjentki i lekarza choćby przed drugim zabiegiem bardzo by pomogło?

A przecież od dawna już odpowiedzialni lotnicy, sportowcy, artyści, chirurdzy korzystają z wykresów swych biorytmów, by wiedzieć, które dni są dla nich lepsze, bezpieczniejsze dla zdrowia, wysiłku, wyczerpujących aktywności, a które wręcz krytyczne, wymagające zastosowania dodatkowej ochrony lub powstrzymania się od szczególnie trudnych zadań.

Czy uczy się tego na studiach?
Wiedziała o tym już w latach osiemdziesiątych ub. wieku Pani Ordynator chirurgii  II Kliniki Chorób Dziecięcych w Warszawie - już wtedy były dostępne odpowiednie tablice...

Z SZACUNKIEM, BO SIĘ MOŻE SKOŃCZYĆ ŹLE...]

Korzystajmy z wszelkich nauk i doświadczeń PRAKTYKÓW medycyny ludowej, domowej, rodzinnej, nie odrzucajmy ich z góry jako ciemnoty, przedawnienia; będąc pacjentami lub lekarzami medycyny uznanej za akademicką w naszej kulturze i części świata dokładajmy je do swej wiedzy współtworząc MEDYCYNĘ KOMPLEMENTARNĄ, która łączy, wzmacnia, WZBOGACA nasze zdolności UTRZYMANIA ZDROWIA...Lub ODZYSKANIA go, jeśli zostało utracone.

ZŁY LEKARZ LECZY OBJAWY,
PRZECIĘTNY - CHOROBĘ,
DOBRY - CZŁOWIEKA

(przysłowie chińskie)

To jeszcze jedno przypomnienie.

A teraz nasz holistyczny Pałac Cudów, w którym WSZYSCY są WAŻNI i wszystkie działania się uzupełniają (uwaga: to tylko jedna z wersji; chodzi o sens główny; ulepszenia dozwolone i pożądane!):

1) Na parterze - gdy trzeba działać "na ostro", gdy to konieczne dla ratowania życia i zdrowia - pracują chirurdzy i inni "zabiegowcy".

2) Na pierwszym piętrze - gdy tylko da się leczyć zachowawczo - działają interniści i inni "narządowi" specjaliści od bezoperacyjnego "prowadzenia" pacjenta.
O CIAŁO TRZEBA DBAĆ, najlepiej przed chorobą.

3) Na drugim piętrze widzimy neurologię i psychiatrię "biologiczną", której przedstawiciele zajmują się naszym układem nerwowym.

4) Na trzecim piętrze, o którego istnieniu i ważności należy pamiętać, Drodzy Koledzy! - usadowili się psychologowie i psychoterapeuci, by zadbać o to, co często leży odłogiem, a ma tak istotny wpływ na nasze ciało...

5) Czwarte piętro - to siedziba tych, którzy CZUJĄ WIĘCEJ i patrzą szerzej - i wiedzą, jak ważny dla zdrowia i życia człowieka jest prawidłowy PRZEPŁYW ENERGII w nas i wokół nas! Ci, którzy go wspomagają – lekarze akupunktury i ajurwedy, zielarze z wykształceniem medycznym, homeopaci, doświadczeni bioterapeuci - wyposażeni przez naturę w "złote ręce", otwarte serce, szczególną intuicję...Narażając się "ignorantom - krytykantom" godni są zazwyczaj podziwu i ochrony, gdyż dzięki swym zdolnościom i wiedzy - zdobytej nierzadko kosztem wielu wyrzeczeń! - mogą często wydatnie pomóc tam, gdzie medycyna "zachodnia" sama już nie wystarcza.

6) Jeszcze wyżej, na piątym piętrze, umieściłabym dzisiaj animatorów czynnej, aktywnej postawy u pacjenta - tych, dzięki którym on sam odkrywa i ćwicząc pogłębia swe możliwości psychofizyczne - relaksację, pracę z oddechem i ruchem, śpiew, taniec - a więc nauczyciele jogi "przez duże J", tai-chi, chi-kung itp.

7) A ponieważ i jako lekarz medycyny komplementarnej - tej łączącej rozmaite podejścia terapeutyczne dla dobra Potrzebującego Pomocy, i jako psychiatra o nastawieniu psychoterapeutycznym, stale doświadczam prymatu Ducha nad Ciałem - najwyżej, na dachu Pałacu, widzę Mistrzów Duchowych, pozwalających nam rozwinąć Skrzydła, ukazujących wszystkim związek z Niebem i Ziemią, otwierających nas na Najwyższą Miłość, Największą Moc - oparcie dla Człowieka.

Tak oto dzisiaj widzę te piętra Pałacu, poziomy działań, które trzeba dobrać do otwartości, chęci, możliwości pojmowania i WSPÓŁDZIAŁANIA pacjenta, czyli osoby potrzebującej pomocy. Nie odwrotnie! "Dociąganie" pacjenta do swojej "jedynie słusznej" metody jest i nieetyczne, i nieskuteczne - przypominam!

A teraz moja prośba do wszystkich Czytelników tych przemyśleń – o pomoc w znalezieniu odpowiedniego słowa oznaczającego osobę poszukującą terapeuty (lekarza), aktywną, współpracującą dla swego zdrowia.

"Pacjent" = "cierpliwiec", "bierni(a)k" - to często istota podporządkowana, bierna ofiara działań lekarza, który "wie, co dla niego dobre", i nie pyta go o zgodę...Patientia=cierpliwość. Pacjent jest zatem i cierpiący, i cierpliwy...
Najwyżej potem, opuściwszy klinikę, opowie (on albo jego rodzina) dobitnie o tym, co złego tam go spotkało.

"Klient" = osoba żądająca ("płacę i wymagam!"), domagająca się na przykład terapii, która według lekarza nie jest wskazana akurat teraz lub wcale w danym przypadku (choćby akupunktury - z prostej ciekawości lub chęci zaimponowania otoczeniu).

Pomiędzy tymi skrajnymi pojęciami ukrywa się, jak wierzę, poszukiwana przeze mnie nazwa wspaniałych osób.
"Dla swego zdrowia gotów pracować do siódmych potów" - to warunek powodzenia, które najczęściej wtedy obserwujemy.

Wracając do wspomnianego Pałacu: tak się składa, że ma on akurat 7 pięter /poziomów działania/ - jak 7 czakr - ośrodków energetycznych człowieka. Bo przecież płynie w nas ciągle energia; kanały tego przepływu - meridiany - odkryto już w starożytności. Ich przebieg, wyrysowany w chińskich atlasach akupunktury przed wiekami, potwierdza się wciąż w naszym działaniu leczniczym - jak układ i piękne kolory czakr, które "doładowujemy" po dzień dzisiejszy według starożytnych wskazówek indyjskich.

A temu, kto - choćby był "utytułowanym przedstawicielem nauki", wyśmiewa tak oczywiste zjawiska, jak przepływ energii, twierdząc, że nie wierzy w to, czego nie widzi, zazwyczaj zadaję pytanie: czy sądzi, że MARTWE niczym nie różni się od ŻYWEGO?
I uprzejmie proponuję, by włożył 2 palce do elektrycznego kontaktu.

Jakoś nikt dotąd z tej propozycji nie skorzystał.

Do tej garści refleksji pragnę dołączyć piękną, choć wstrząsającą opowieść samego Buddy, ukazującą, do czego może doprowadzić kurczowe trzymanie się swych poglądów, fanatyczne oparcie ich na niepełnej wiedzy, zamknięcie oczu na prawdę:



Błędne postrzeganie

Budda opowiadał historię, ilustrującą ten typ myślenia. Pewien mężczyzna, ojciec małego chłopca, wyjechał na kilka dni, zostawiając chłopca w domu. Kiedy wrócił, zastał swój dom spalony przez bandytów.
Zobaczył też spalone szczątki dziecka, leżące w pobliżu resztek domu. Uwierzył natychmiast, że to było ciało jego synka; rzucił się na ziemię i bił w piersi z żalu. Następnego dnia zorganizował ceremonię pogrzebową, zebrał prochy i umieścił je w pięknej jedwabnej sakiewce.

Mężczyzna ten był bardzo związany z synem; nosił sakiewkę z prochami przy sobie, gdziekolwiek się udał. Ale nie wiedział, że jego syn żył, że został porwany przez bandytów.

Po jakimś czasie chłopcu udało się uciec. Odnalazł w środku nocy odbudowany dom. Kiedy zapukał i poprosił ojca o otwarcie drzwi – ten, przekonany, że syn nie żyje, bardzo się zezłościł. Krzyczał: „Odejdź stąd. Nie przeszkadzaj mi. Mój syn nie żyje!”. Chłopiec próbował wiele razy wytłumaczyć ojcu, że jest jego synem – ale ten był tak przekonany o śmierci chłopca, że w ogóle go nie słuchał. W końcu zrozpaczony syn zrezygnował i odszedł.

Czasami tak trzymamy się naszych przekonań, że nawet wtedy, gdy prawda przychodzi i puka do naszych drzwi, nie chcemy jej wpuścić. Ten rodzaj ślepego przekonania do naszych wierzeń – fanatyzm – jest naszym wrogiem.

Thich Nhat Hanh